Jaguar F-Pace i atak na tort

Jaguar to marka na wskroś brytyjska w swym charakterze, choć jak wiemy kasę daje bogaty TATA. Mimo wszystko nieco monarchistyczne korzenie marki, pochodzące z Wielkiego Królestwa, to zbyt mało by przekonać do siebie rzesze klientów i tym samym zabrać ich markom niemieckim. Do niedawna Jaguar skupiał się głównie na limuzynach, dzisiaj to jednak za mało – teraz potrzeba w gamie SUV-a – no i jest! Panie i Panowie, przed Państwem Jaguar F-Pace!

Do nie dawna świat motoryzacji był dość prosty i schematyczny. Jeśli ktoś był biznesmenem to kupował sobie luksusowego sedana — mniejszego lub większego — ale sedana. Jeśli ktoś był bardzo bogatym biznesmenem kupował sobie do tego jakieś coupé albo cabrio i temat też był prosty. Z kolei zapaleni fani wypraw poza utwardzoną drogę kupowali terenówki (tak, kiedyś duże auta były terenówkami i jeździły po błotach, górach i pagórkach, a nie po asfalcie). Reszta raczyła się kompaktami i autami miejskimi.

Ciężko powiedzieć kiedy ten boom na pseudoterenówki się zaczął, ale moim zdaniem to bezsprzecznie wina Niemców, którzy za sprawą Mercedesa ML oraz BMW X5 stworzyli ten segment. W końcu czyjaś wina być musi. Potem wszystko poszło już z górki, na zasadzie kopiuj-wklej. Klienci pomysł pokochali, w końcu mogli mieć „terenówkę”, która na asfalcie sprawuje się nie gorzej niż osobówka. Czas mijał, SUV-y biły rekordy sprzedaży i zaczęły się dalsze kombinacje: SUV-y coupé, crossovery, podwyższone kompakty. Normalnie hit za hitem! Pewne marki, głównie spoza Niemiec, takie jak wspomniany Jaguar, dość długo zwlekały z wypuszczeniem swojego SUV-a, jednak ten rynek to bardzo gruba kasa, zatem szkoda by było nie uszczknąć kawałka tego tortu i tak powstał F-Pace.

Z góry mówię, że nie przepadam za SUV-ami. Są trochę karykaturalne w swej wielkości, niektóre co prawda dadzą się lubić, ale żeby zaraz się zakochiwać — to nie. W tym przypadku jest jednak nieco inaczej. Jaguar F-Pace wygląda obłędnie i wpadł mi w oko, niczym pewna szczupła brunetka parę lat temu. Dynamiczna, muskularna sylwetka to jest coś co w samochodach lubię. Auto nie sprawia wrażenia ociężałego kloca, lekkości co prawda też nie widać, ale to taki złoty środek. Przód czterokołowego kota przypomina ten, znany z limuzyn Jaguara, jego linia boczna jest również bardzo ładna i taka w sumie pasująca do SUV-a, może nawet trochę w niej z kombi, ale jeśli zamówmy srebrne listwy wokół szyb, to nawet robi się luksusowo. Za to tył w stylu coupé przywodzi na myśl tylko to, co najmocniejsze i najlepsze, czyli Jaguara F-Type. Pisząc „w stylu coupé” nie mam na myśli karykaturalnego przerysowania innej karykatury, co od kilku lat robią Niemcy na podstawie swoich „czterodrzwiowych coupé”. Mercedes X6, znaczy się GLE Coupe to to z pewnością nie jest – i dobrze! Suma summarum auto wygląda bardzo dobrze i trafia w mój gust jak żaden inny SUV czy crossover.

Wnętrze jest bardzo przytulne i należycie luksusowe. Godne auta z dzikim kotem na masce. Na desce rozdzielczej dominuje duży ekran systemu multimedialnego, pod którym na szczęście znalazło się miejsce dla panelu klimatyzacji, o czym wspominam do znudzenia za każdym razem. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki realizuje się wybór przełożenia w skrzyni biegów – za pomocą efektownie wysuwającego się pokrętła. Jest to system znany od pewnego czasu z innych modeli Jaguara i Land Rovera, jednak wciąż cieszy. Główne zegary to oczywiście monitor LCD – skoro już inaczej być nie może to cieszmy się, że chociaż troszkę udaje tradycyjne zegary. Co prawda można jak w VAG-ach ustawić sobie wielką nawigację, tylko po co. Jeśli ktoś chciałby jednak mieć tradycyjne zegary, w bardzo ładnych tubach, to musi kupić "biedawersję", pozbawioną wielu ważnych elementów. Ogólnie projekt wnętrza jest bez większych fajerwerków. W końcu teraz w modzie jest minimalizm, a szkoda, bo lubię zagłębia guziczków na desce rozdzielczej.

Zobacz również: Maciej Orłoś ma dla was krótką, ale ważną radę

Pod maską biedy również nie ma. Inżynierowie byli bardziej powściągliwi niż szurnięci koledzy z Volvo i nie zdecydowali się na działanie iście szalone, czyli udział jedynie 4 cylindrowych silników, tak jak ma to miejsce w wielkim XC90, ograniczając ich liczbę do… jednego. Reszta to V6 i to rozumiem! Najsłabszy diesel ma tylko 180 KM, co na papierze nie jest wartością imponującą, jednak całkiem duży moment (430 Nm) i dość lekka konstrukcja jak na SUV-a (masa własna ok. 1700 kg), sprawiają, że katalogowy sprint do setki zajmuje mniej niż 9 s, a prędkość maksymalna to nieco ponad 200 km/h. Jest to raczej wybór dla tych, którzy lubią rzadko tankować. Zapewnienia producenta co do średniego spalania na poziomie 5,3 l/100 km można włożyć sobie między bajki, ale w dużym SUV-ie każdy wynik poniżej 10 czy 9 l/100 km to powód do radości. Co ciekawe, po silniku o mocy 180 KM jest przepaść, po której wyrasta spod ziemi również dieslowski silnik V6 3,0 l o mocy 300 KM i potężnym momencie 700 Nm. Osiągi są znacznie lepsze niż „wystarczające” – w końcu jeszcze niedawno czas na poziomie 6,2 s od 0 do 100 km/h był zarezerwowany dla aut o typowo sportowym charakterze, a nie dla jakiegoś wielkiego klocka na kołach. Jeśli chodzi o silniki benzynowe, to dostępny jest silnik V6 o pojemności 3,0 l, znany z modelu F-Type, który występuje w wersjach 340 i 380 KM – ten drugi to domena wersji S.

Przyznam szczerze, że jeśli ktoś bardzo chce mieć pod maską silnik benzynowy, to dopłacanie 89 000 zł za dodatkowe 40 KM i 0,1 s lepszy czas sprintu do setki jest nieporozumieniem. Fakt, wersja S to też inny, bardziej dynamiczny wygląd zewnętrzny, ale jeśli komuś tylko na tym zależy, to wystarczy wybrać wersję R-Sport za ułamek kwoty, którą należy dopłacić do najmocniejszej wersji, oznaczonej literką S. Mimo, że w żyłach motomaniaków płynie z reguły benzyna, a nie olej napędowy, to właśnie diesle są moim zdaniem sensowniejszym wyborem. Powiem więcej, rozum po analizie danych papierowych podpowiada, że najlepszym wyborem jest podstawowa czterocylindrówka, szczególnie w polskich warunkach. Należy jednak dopuścić do głosu serce, które, choć tęskni za benzynowymi motorami, prosi o więcej mocy. W życiu dobrze jest dochodzić do kompromisów i myślę, że to dieslowskie V6 będzie słuszną decyzją.

Przedstawienie SUV-a było w sumie koniecznością dla marki zasilonej kasą, z grubego portfela TATY. Wszyscy producenci pomału zdają sobie sprawę, że bez SUV-a się nie da i przedstawiają potencjalnym klientom swoje bardziej lub mniej (patrz Bentley Bentayga) udane pomysły. Dla mnie F-Pace jest nawet więcej niż udanym SUV-em i gdybym wygrał w LOTTO i zachciałoby mi się posiadania dużego auta, to prawdopodobnie w pierwszej kolejności podreptałbym do dealera marki Jaguar.

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Blogi:

Moto Historie z PZM #2 - nawet atomówki nie zatrzymały tej marki Degradacja i wielki powrót - co szykuje BMW? Alfa Romeo Giulia - KABOOOM! Subiektywny przegląd miesiąca #283 SZ - wykaż się wiedzą na temat Ferrari, wygraj oryginalny gadżet - rozwiązanie konkursu Volkswagen Beetle - lifting, którego nie ma i nowe wersje Audi A5 (2017) - czas na nowe coupé Najwspanialsze klasyki z Kraju Kwitnącej Wiśni Mercedes-Benz E 220d – test [wideo] SZ - wykaż się wiedzą na temat Ferrari, wygraj oryginalny gadżet Subaru Forester 2.0XT Platinum - test [wideo] Auto Nostalgia 2016 - galeria (część II) Auto Nostalgia 2016 - galeria (część I) Czy warto kupować samochody klasy Premium? POM #3: noc na kołach z Mazdą MX-5 Daily VLOG #Gwiazdy śpiewają w samochodzie Auta z kolekcji Ralpha Laurena Wypadek drogowy z udziałem obcokrajowca [przepisy prawne] Subiektywny przegląd miesiąca #282 Subaru WRX STI - test [wideo] Moto Historie z PZM #1 - opowieści, których nie znaliście (chyba...) Jaki samochód używany kupić? Krótka rozprawa o dylemacie moralnym Rozpoczęcie sezonu Youngtimer Warsaw - mini relacja

Popularne w tym tygodniu:

Transport drogowy nie jest największym trucicielem w Polsce Ford Kuga 2.0 TDCi 150 KM AWD Titanium – test [wideo] Mitsubishi ASX 2.2 DID AT 4WD Ralliart – test [wideo] Nissan Navara NP300 2.3 dCi 190 Tekna – test [wideo]